Dziesięć minut czytania dziennie z sześciolatkiem
Sześciolatek nie musi umieć czytać. Ale dziesięć spokojnych minut dziennie z literami, bez ćwiczeniówek i bez presji, potrafi zrobić więcej niż godzina szkolnej walki za rok. Tak robię to z Milą.
Pisze Ewa, nauczycielka wczesnoszkolna, mama trójki dzieci 5 min czytania
Mila ma sześć lat i jest w zerówce. We wrześniu idzie do pierwszej klasy. Od jakiegoś czasu czyta wszystko, co jest napisane dużymi literami: „APTEKA”, „PIEKARNIA”, „STOP”. Kiedy w tramwaju zobaczyła napis „GLIWICE”, przeczytała go na głos tak dumnie, jakby właśnie założyła miasto.
Znajome mamy pytają mnie, czy uczę ją czytać. Odpowiadam, że nie uczę, tylko czytam z nią. Różnica jest większa, niż się wydaje, i o niej jest ten wpis.
Najpierw uspokojenie
Sześciolatek nie musi umieć czytać, żeby pójść do pierwszej klasy. Nauka czytania i pisania to zadanie szkoły, zaczyna się we wrześniu i rozkłada na całą edukację wczesnoszkolną. W mojej klasie co roku mam dzieci, które przychodzą czytając płynnie, i takie, które znają cztery litery. Po roku ta różnica jest dużo mniejsza, niż rodzice się boją.
Ale widzę też coś innego. Dzieci, z którymi w domu ktoś bawił się literami, mają łatwiejszy start. Nie dlatego, że umieją więcej, tylko dlatego, że litery ich nie straszą. Litera to dla nich znajomy kształt, a nie zadanie.
Dlaczego dziesięć minut
Bo tyle wytrzyma sześciolatek bez zmęczenia, a rodzic bez irytacji. To drugie jest ważniejsze, niż się przyznajemy. Kiedy wracam po ośmiu godzinach w szkole, mam w sobie dokładnie dziesięć minut cierpliwości do liter. Potem zaczynam wzdychać, a Mila słyszy każde westchnienie.
Dziesięć minut codziennie daje więcej niż godzina w sobotę. Mózg dziecka uczy się przez powtarzanie w krótkich porcjach. Wieczorem, przed kąpielą, przy kakao. U nas zawsze w tym samym miejscu, na kanapie pod lampą, i to też ma znaczenie, bo rytuał zastępuje motywację.
Co robimy w te dziesięć minut
Nie mamy jednego schematu, mamy kilka zabaw, które się przeplatają.
Czytanie wspólne z palcem. Ja czytam książkę, a Mila wodzi palcem pod tekstem. Na początku palec się gubił, teraz nadąża. Co jakiś czas zatrzymuję się przed krótkim słowem i czekam. „Kot”, „dom”, „i”. Ona je czyta. To jest jej moment chwały, a ja się nie spieszę.
Polowanie na głoski. „Co słyszysz na początku słowa kanapka?” To ćwiczenie słuchu, nie oczu, i w szkole bardzo się przydaje. Dziecko, które słyszy głoski w słowie, dużo łatwiej potem łączy je w czytaniu. Gramy w to w samochodzie, w kolejce, przy zupie.
Sylaby na klaskanie. „Ma-ma”, „sa-mo-lot”, „hi-po-po-tam”. Mila uwielbia hipopotama, bo jest długi i można klaskać cztery razy. Dzielenie na sylaby to jeden ze sposobów, którymi uczy się czytania w pierwszej klasie, więc ta zabawa to prosty most do szkoły.
Kartki na lodówce. Na lodówce wiszą u nas trzy kartki z wyrazami: „MLEKO”, „SER”, „MASŁO”. Kiedy Mila coś wyjmuje, sprawdza, czy to jest to. Proste, a działa, bo słowo ma sens.
Listy od babci. Moja mama pisze do Mili krótkie liściki drukowanymi literami i wkłada je do paczek z Zabrza. Trzy słowa, czasem cztery: „MILU, TO DLA CIEBIE” albo „BUZIAKI OD BABCI”. Mila nosi te karteczki w kieszeni bluzy, dopóki się nie rozpadną. Czytanie listu od babci to zupełnie inna motywacja niż czytanie z elementarza.
Głoski, nie nazwy liter
Tu mam jedną prośbę, zawodową. Jeśli uczysz dziecko liter, mów głoskami, a nie nazwami. Litera „m” to [m], a nie „em”. Litera „s” to [s], a nie „es”. Dziecko, które uczyło się „em-a-em-a”, ma potem problem, bo nie może z tego złożyć słowa „mama”. Wychodzi mu „emaema” i nic nie rozumie.
To najczęstszy kłopot, z którym przychodzą do mnie pierwszaki. Nie brak wiedzy, tylko nawyk, który trzeba odkręcić. Da się, ale trwa to kilka tygodni. Wystarczy od razu mówić głoskami.
Druga drobna rzecz: na początku lepiej uczyć dużych liter drukowanych albo małych, konsekwentnie, a nie mieszać wszystkiego naraz. Mila zna prawie wszystkie wielkie litery, bo widzi je na szyldach. Małych uczy się powoli, z książek.
Czego nie robić
Z dwudziestu lat obserwacji, z najczęstszymi błędami na czele:
- Nie poprawiaj każdego błędu. Jeśli dziecko przeczyta „kod” zamiast „kot”, a zrozumiało sens, czasem lepiej przemilczeć. Czytanie, które co chwilę jest przerywane, przestaje być przyjemne.
- Nie rób testów. „A co to za litera? A ta? A ta?” Sześciolatek bardzo szybko rozpoznaje egzamin. I bardzo szybko przestaje chcieć.
- Nie porównuj. Ani z rodzeństwem, ani z dzieckiem sąsiadki, które „już czyta Harry'ego Pottera”. Każde dziecko ma swoje tempo, a porównanie niczego nie przyspiesza.
- Nie kupuj stosu ćwiczeniówek. Jedna to w porządku, jeśli dziecko ją lubi. Pięć to praca domowa w wieku sześciu lat, a tej jeszcze będzie dość.
- Nie przestawaj czytać dziecku, kiedy zacznie czytać samo. To bardzo częsty błąd. Dziecko czyta „Ala ma kota”, a rodzic uznaje, że teraz niech czyta samo. Tymczasem słuchanie ciekawych, dłuższych historii to właśnie to, co buduje słownictwo i chęć czytania.
Kiedy się zaniepokoić
Większość sześciolatków mieści się w bardzo szerokiej normie. Ale są rzeczy, o których warto porozmawiać z wychowawczynią zerówki albo w poradni psychologiczno-pedagogicznej: jeśli dziecko wyraźnie nie słyszy głosek w słowie mimo wielu zabaw, jeśli ma kłopot z zapamiętaniem kształtów liter, które widuje codziennie, jeśli bardzo niechętnie mówi albo wymawia wiele głosek niewyraźnie. Nie po to, żeby od razu szukać problemu, tylko żeby nie tracić czasu, jeśli jakieś wsparcie by się przydało.
Pod koniec zerówki przedszkole przygotowuje informację o gotowości dziecka do nauki w szkole. Przeczytaj ją uważnie, podobnie jak później ocenę opisową w klasach 1-3. Tam często jest zdanie, o które trzeba dopytać.
Nasze dziesięć minut
Wczoraj Mila przeczytała mi sama pierwszą stronę książeczki o kocie. Pięć zdań. Zajęło jej to prawie całe nasze dziesięć minut, palec jechał powoli, czasem wracał. Na koniec zamknęła książkę i powiedziała: „To teraz ty, bo ty szybciej”.
Taki mamy układ. Ona czyta trochę, ja czytam resztę. Ona czuje, że umie, ja nie muszę udawać, że mam nieskończoną cierpliwość. Za rok będzie czytać więcej, za dwa lata może sama. A dziś mamy dziesięć minut, lampę i kota w książce.