Montessori w przedszkolu, czyli co właściwie robi dziecko od rana do podwieczorku
Siostrzeniec mojego męża od roku chodzi do przedszkola Montessori pod Wrocławiem. Ja przez trzy lata pracowałam w zwykłym przedszkolu miejskim i długo patrzyłam na Montessori podejrzliwie. Spisałam, jak wygląda tam zwykły dzień, o co pytać, zanim zapisze się dziecko, i co przeniosłam do swojej klasy.
Pisze Ewa, nauczycielka wczesnoszkolna, mama trójki dzieci 5 min czytania

W sierpniu przyjechała do nas na weekend siostra Piotra, Asia, z czteroletnim Leonem. W niedzielę przy śniadaniu Leon wstał od stołu, przyniósł ze zlewu ścierkę, rozłożył ją przy swoim talerzu jak mały dywanik, postawił na niej kubek i nalał sobie soku z dzbanka. Powoli, oburącz, z językiem na wierzchu. Nie wylał ani kropli. Potem ścierkę złożył i odniósł na miejsce.
Kacper patrzył na to z otwartymi ustami. Mila natychmiast chciała zrobić to samo i oczywiście wylała pół dzbanka. A ja pomyślałam, że chyba muszę przestać się uśmiechać, kiedy Asia mówi „u nas w Montessori”.
Skąd moja podejrzliwość
Przez trzy lata pracowałam w przedszkolu miejskim, potem osiemnaście lat w szkole. Słowo „Montessori” kojarzyło mi się z drogimi drewnianymi zabawkami w sklepach internetowych i rodzicami, którzy mówią o „podążaniu za dzieckiem” tak, jakby reszta z nas za dziećmi nie podążała. W Polsce każdy może napisać „Montessori” na szyldzie albo na pudełku z klockami i to niczego nie gwarantuje.
Ale Leon chodzi do przedszkola, które pracuje tą metodą naprawdę, i przez ostatni rok dostawałam od Asi tyle zdjęć i opowieści, że zaczęłam pytać o szczegóły. Tu zbieram to, czego się dowiedziałam, uzupełnione o to, co wiem z pracy.
Jak Asia wybierała
Asia mieszka na zachodnich obrzeżach Wrocławia i jest typem, który robi notatki. Kiedy szukała przedszkola, założyła zeszyt, a w nim strony z nagłówkami: „przedszkole przy domu”, „miejskie przy pracy” i „prywatne przedszkole Wrocław”. Pod każdym nagłówkiem: godziny, dojazd, wielkość grupy, wyżywienie, co dziecko robi przez cały dzień. Moja szkoła, dosłownie. Kiedy zobaczyłam ten zeszyt, poczułam się jak dumna ciocia i dumna nauczycielka jednocześnie.
Miejskie przy domu odpadło przez godziny otwarcia, bo Asia pracuje do późna. Najwięcej notatek zebrało się pod ostatnim nagłówkiem, więc zawęziła szukanie do okolicy, w której pracuje, czyli do strefy handlowej na Bielanach, i założyła w zeszycie nową stronę: „przedszkole Montessori Bielany Wrocławskie”. Tak trafiła do Ziarenka. Samo przedszkole stoi w Zabrodziu, na zielonym skraju miasta, kilka minut jazdy od Bielan, i jest otwarte od siódmej do siedemnastej.
O jedno ją wtedy poprosiłam: żeby nie wierzyła samej stronie internetowej, tylko poszła i zobaczyła salę w czasie zwykłego dnia. O tym, na co patrzeć podczas takiej wizyty, pisałam przy dniu otwartym w przedszkolu. Asia poszła, a przed zapisem przeczytała jeszcze opinie, które inni rodzice zostawili w wizytówce, jaką to prywatne przedszkole ma w Mapach Google.
Zwykły dzień: praca własna
Najważniejsza różnica, którą zobaczyłam w opowieściach Asi, dotyczy poranka. W przedszkolu, w którym pracowałam, rano była zabawa dowolna, potem zajęcia z całą grupą: wszyscy siedzą w kole, pani pokazuje, wszyscy robią to samo. W Montessori rano zaczyna się praca własna. Dziecko podchodzi do półki, bierze to, na co ma ochotę, i pracuje tyle, ile potrzebuje. Potem odkłada na miejsce i bierze coś innego.
Brzmi jak chaos, ale nim nie jest. Na półkach nie leżą przypadkowe zabawki, tylko przemyślane pomoce, każda w jednym egzemplarzu. Jeśli Leon chce różową wieżę, a bawi się nią koleżanka, czeka. Uczy się tego w pierwszych tygodniach i podobno dość szybko. U nas, przy dwóch starszych kuzynkach i kuzynie, czekał na swoją kolej cierpliwiej niż Mila.
Co jest na półkach:
- życie praktyczne: przelewanie, zamiatanie, a nawet prasowanie. Stąd ścierka i dzbanek przy naszym stole,
- sensoryka: różowa wieża, brązowe schody i inne pomoce do porównywania wielkości, ciężaru, faktury,
- matematyka: złote perły i koraliki, którymi dziecko dotyka liczb, zanim zacznie je zapisywać,
- język: alfabet ruchomy, czyli wycięte litery, z których układa się słowa, zanim ręka jest gotowa do pisania,
- wychowanie kosmiczne: tak w Montessori nazywa się poznawanie świata, przyrody, kontynentów.
Rola nauczyciela
Przez lata myślałam, że w Montessori nauczyciel „nic nie robi”. To nieprawda. Pokazuje dziecku pomoc, powoli i dokładnie, a potem się wycofuje i obserwuje. Wraca, kiedy widzi, że dziecko utknęło albo jest gotowe na następny krok. Taki sposób pracy wymaga więcej uwagi, nie mniej, bo w sali o jednej porze dzieje się kilkanaście różnych rzeczy.
W Ziarenku grupy są mieszane wiekowo, najwyżej osiemnaścioro dzieci. Asia na początku bała się, że czterolatek zginie wśród sześciolatków. Wyszło odwrotnie: Leon patrzy, co robią starsi, a starsi pokazują mu to, co sami już umieją. Sama mam w klasie dzieci w jednym wieku, ale widzę, że najlepiej uczą się wtedy, gdy jedno tłumaczy drugiemu.
Obok nauczycieli prowadzących jest tam też psycholog, logopeda i pedagog specjalny. Popołudnia wyglądają bardziej znajomo: zajęcia dodatkowe, plac zabaw, a od wiosny do jesieni codzienne wyjścia do lasu. Leon opowiada głównie o psach, z którymi mają zajęcia, co u nas w domu wywołało u Mili mieszane uczucia, bo dużych psów się boi.
O co pytać, zanim zapiszesz dziecko
Jeśli myślisz o Montessori, zapytaj:
- czy nauczyciele mają przygotowanie do pracy tą metodą i jakie,
- czy rano jest czas na pracę własną, nieprzerywany, czy dzień jest pocięty zajęciami co pół godziny,
- czy na półkach są pełne zestawy pomocy, czy dwie drewniane układanki dla ozdoby,
- czy grupy są mieszane wiekowo, czy podzielone rocznikami,
- jak wygląda adaptacja (w Ziarenku dziecko zaczyna z rodzicem, bez sztywnego terminu),
- jak przedszkole przygotowuje sześciolatki do szkoły, bo w szkole przez większość lekcji wszyscy robią to samo.
Pytania o pieniądze, godziny i dojazd są takie same jak przy każdym przedszkolu niepublicznym. Rozpisałam je przy porównaniu przedszkola prywatnego i publicznego.
Co przyniosłam do swojej 1a
Nie zamienię klasy w salę Montessori. Mam dwadzieścia jeden pierwszaków, podręczniki według nowej podstawy i dzwonek co czterdzieści pięć minut. Ale po roku opowieści Asi kilka rzeczy zabrałam.
Pierwsza: tace. Na półce pod oknem stoją teraz trzy plastikowe tace, na każdej jedno zadanie: liczmany i karteczki z cyframi, litery do układania, stary but ze sznurowadłem. Kto skończy pracę wcześniej, bierze tacę i po skończeniu odkłada ją tam, skąd wziął. Na razie dzieci uczą się głównie odkładania, ale robią postępy.
Druga: pokazywanie powoli. Kiedy uczę, jak wkleić kartę do zeszytu, robię to przed klasą w zwolnionym tempie, bez gadania, a potem dopiero mówię. Dzieci patrzą uważniej niż wtedy, gdy tłumaczę i pokazuję naraz.
Trzecia rzecz przyszła do domu. Mila dostała własny mały dzbanek i co rano nalewa sobie wodę do kubka. W pierwszym tygodniu wylała dwa razy, w drugim raz. Wczoraj nalała Piotrowi kawy i nie uroniła ani kropli. Piotr pił ją, jakby dostał medal.