Do treści strony
Nauka w domu

Wakacyjny kajecik zamiast zeszytu ćwiczeń

Zamiast zeszytu ćwiczeń na lato proponuję zwykły kajecik, w który dziecko wkleja bilety, rysuje, liczy i pisze po kilka zdań. U nas działa od lat i nikt przy nim nie płacze. Oto jak go prowadzimy.

Pisze Ewa, nauczycielka wczesnoszkolna, mama trójki dzieci 5 min czytania

Moja mama na zeszyt mówiła „kajecik”. Po śląsku, od francuskiego „cahier”, jak twierdziła, choć ja do dziś nie wiem, czy to prawda, czy jej piękna legenda. Pamiętam mój pierwszy kajecik w trzy linie, zielony, z tabliczką mnożenia na tylnej okładce. I pamiętam, że każdego lata mama dawała mi nowy, pusty, „na wakacje”. Nie było w nim żadnych zadań. Było w nim moje lato.

Kiedy urodziły się dzieci, wróciłam do tego pomysłu. Każde z trojga dostaje na koniec roku szkolnego kajecik na wakacje. Agata ma ich sześć w szufladzie i nie pozwala ich wyrzucić, choć ma szesnaście lat i „już jest na to za duża”.

Po co w ogóle nauka w wakacje

Najpierw uczciwie: dzieci potrzebują wakacji. Prawdziwych, z nudą, z bieganiem, z wieczorami na podwórku. Nie jestem zwolenniczką zeszytów ćwiczeń na lato, w których dziecko ma codziennie rozwiązać stronę zadań, „żeby nie zapomniało”. Pisałam przy okazji świadectwa w klasach 1-3, że wakacje nie powinny być poprawką.

Ale widzę też we wrześniu, co się dzieje z dziećmi po dwóch miesiącach bez pisania i czytania. Ręka jest ciężka, litery krzywe, a czytanie na głos zaczyna się od nowa. Nie wszystko zapominają, ale pierwsze tygodnie są trudniejsze. Kajecik to mój sposób, żeby pisać i liczyć latem, bez poczucia, że to szkoła.

Jaki kajecik

Zwykły zeszyt, najlepiej gruby, sześćdziesiąt albo osiemdziesiąt kartek. Dla młodszych dzieci w trzy linie albo gładki, dla starszych w linie albo kratkę. Twarda okładka to plus, bo kajecik jeździ po całej Polsce w plecaku. Dziecko samo ozdabia okładkę: naklejki, rysunki, imię. To ma być jego zeszyt, nie mój.

Do tego klej w sztyfcie, nożyczki, kredki i taśma. Kajecik żyje z wklejek.

Co w nim robimy

Nie ma jednego planu. Są rodzaje wpisów, które dziecko wybiera według nastroju.

Wklejki. Bilety do kina, do zoo, z autobusu. Paragony z lodziarni. Zasuszony liść, piórko, kawałek mapy. Pod wklejką jedno zdanie: gdzie, kiedy, z kim. Dla sześciolatka to zdanie może być podyktowane i przepisane, dla dziesięciolatka już jego własne.

Rysunek i podpis. Najłatwiejszy wpis. Mila rysuje prawie codziennie. Podpis pisze sama, drukowanymi literami, czasem jedno słowo. W tym roku idzie do pierwszej klasy, więc każde słowo to dla niej wydarzenie.

Listy. Dzieci uwielbiają listy. „Pięć rzeczy, które widziałem nad jeziorem.” „Moje trzy ulubione lody.” „Co zabieram na wycieczkę.” Lista to pisanie bez stresu, bo nie trzeba budować zdań.

Liczenie z życia. Ile kosztowały lody dla całej rodziny? Ile kilometrów przejechaliśmy? Ile dni zostało do wyjazdu do babci? Kacper w kajeciku prowadził kiedyś tabelę bramek z meczów na podwórku. Przez całe lato. To była najlepsza matematyka, jaką robił.

List do kogoś. Do babci, do kolegi z klasy, do siebie za rok. Kilka zdań, które potem można przepisać na kartkę i wysłać. Moja mama odpisuje na każdy.

Przepis. Jeśli dziecko coś gotowało albo piekło, zapisuje, jak. Z rysunkiem. U nas najwięcej przepisów jest z naleśnikami.

Zasady, które pilnujemy

Niewiele i bez wyjątków:

  • Kajecik nie jest oceniany. Nie poprawiam błędów ortograficznych na czerwono ani na żaden inny kolor. Jeśli dziecko zapyta, jak się pisze słowo, mówię. Jeśli nie zapyta, zostawiam. To jest jego zeszyt, a nie sprawdzian.
  • Nie ma obowiązku codziennego wpisu. Są dni, kiedy nikt nie ma ochoty. Są tygodnie nad morzem, kiedy kajecik leży w walizce. Wracamy do niego, kiedy wracamy.
  • Dorosły też pisze. Czasem wklejam swoje zdanie, czasem rysuję coś krzywo. Dzieci bardzo lubią, kiedy mama też „robi zadanie”, zwłaszcza gdy rysuje gorzej od nich.
  • Czytamy razem. Pod koniec tygodnia albo w deszczowy dzień przeglądamy kajecik. Dziecko opowiada, co pamięta. To jest czytanie własnego tekstu na głos, bez żadnej presji.

Ile to trwa

Pięć, dziesięć minut dziennie, jeśli w ogóle. Najczęściej wieczorem, zanim dzieci pójdą spać, albo w samochodzie w drodze powrotnej. Nie planuję tego jak lekcji. Kajecik leży na stole w kuchni i ktoś go bierze, kiedy ma ochotę.

Jeśli chcesz więcej, możesz dołożyć czytanie. U nas w wakacje to jest po prostu czytanie przed snem, jak przez cały rok. O tym, jak czytać z młodszymi dziećmi, pisałam przy okazji dziesięciu minut dziennie z sześciolatkiem. W wakacje działa to jeszcze lepiej, bo nikt się nie spieszy rano.

Dla różnego wieku

Sześciolatek przed pierwszą klasą: rysunki, wklejki, pojedyncze słowa, podpisy. Dorosły pisze zdanie, dziecko przepisuje albo tylko je koloruje.

Ośmio-, dziewięciolatek: kilka zdań dziennie, listy, proste obliczenia. To dobry wiek na tabelki, rankingi i mapy.

Dziesięcio-, jedenastolatek: dłuższe wpisy, opisy, a czasem nawet komiks. Kacper w tym wieku zaczął pisać „relacje z meczów”, z wynikami i komentarzem. Pisał z błędami, ale pisał sam, dużo i chętnie. Dla chłopca, który nie cierpi pisać ręcznie, to był mały cud.

Kiedy dziecko nie chce

Zdarza się, i to częściej, niż sugerują piękne zdjęcia wakacyjnych dzienników w internecie. Kacper w jedno lato nie tknął kajecika przez trzy tygodnie. Nie naciskałam. Któregoś wieczoru, po meczu na podwórku, sam przyniósł zeszyt i zapytał, czy może wkleić bilet z Piasta, który trzymał od maja.

Jeśli dziecko się buntuje, sprawdź, czy kajecik nie zamienił się niepostrzeżenie w obowiązek. Czy nie pytasz codziennie „a wpisałeś już coś?”. Czy nie chwalisz tylko ładnych stron? Czasem wystarczy odłożyć zeszyt na tydzień i zostawić go na widoku. Ciekawość zwykle wygrywa z przekorą, tylko potrzebuje czasu.

Co zostaje po wakacjach

We wrześniu kajecik przyjeżdża do szkoły. W mojej klasie w pierwszym tygodniu dzieci mogą przynieść swoje wakacyjne zeszyty i pokazać jedną stronę. Nie wszyscy mają, nie wszyscy chcą, i to w porządku. Ale ci, którzy przynoszą, zawsze mają co opowiadać.

A w domu kajeciki lądują w szufladzie. Czasem ktoś je wyjmuje w zimowy wieczór i czyta na głos. „Pamiętasz, jak w Wiśle padało przez cały tydzień?” Pamiętamy. Jest zapisane, z rysunkiem chmury i biletem na basen.

Ewa z Gliwic

Od dwudziestu lat uczy w klasach 1-3, zaczynała w przedszkolu. Mieszka w Gliwicach z Piotrem i trójką dzieci: Agatą, Kacprem i Milą. Pisze o tym, co widzi z obu stron szkolnej ławki: jako nauczycielka i jako mama. Ciepło, ale bez lukru.

Więcej o mnie

Więcej z zakładki Nauka w domu