Słońce i upał: jak chronić dziecko na placu zabaw i na wycieczce
Czerwiec w szkole to wycieczki, festyny i lekcje na boisku, a w domu wieczory na placu zabaw. Upał dzieci znoszą gorzej, niż same mówią. Zebrałam to, czego pilnuję w klasie i w domu, a w sprawach zdrowia zawsze odsyłam do lekarza.
Pisze Ewa, nauczycielka wczesnoszkolna, mama trójki dzieci 5 min czytania
W zeszłym tygodniu mieliśmy w szkole festyn rodzinny. Trzydzieści stopni w cieniu, a cienia na boisku tyle, co pod jednym drzewem przy ogrodzeniu. Po dwóch godzinach do pielęgniarki przyszło kilkoro dzieci z bólem głowy, jedno wymiotowało. Wszystkie biegały od rana w pełnym słońcu, a większość nie piła nic poza lemoniadą ze stoiska.
Nie piszę tego, żeby straszyć. Piszę, bo dzieci naprawdę nie czują, że się przegrzewają. Bawią się, dopóki nie padną. To dorosły musi pamiętać za nie.
Piszę jako mama i nauczycielka, która od lat prowadzi dzieci na wycieczki w czerwcu. W sprawach zdrowia, zwłaszcza gdy dziecko ma choroby przewlekłe albo przyjmuje leki, rozmawiaj z pediatrą.
Dlaczego dzieci są bardziej narażone
Dzieci mają cieńszą, delikatniejszą skórę niż dorośli, szybciej się odwadniają i gorzej regulują temperaturę ciała. Do tego nie przerywają zabawy, kiedy robi się za gorąco, i nie zawsze mówią, że chce im się pić. Sześciolatek zapytany „chcesz pić?” w środku gry w berka odpowie „nie” odruchowo.
Pięć rzeczy, których pilnuję zawsze
Cień i pora dnia. W najgorętsze godziny, w środku dnia, staramy się nie być na otwartym słońcu. Na placu zabaw wybieramy te, które mają drzewa albo zadaszenie. Jeśli plac jest w pełnym słońcu, idziemy rano albo pod wieczór. W szkole, jeśli mogę, przenoszę zajęcia na boisku na pierwsze lekcje.
Czapka. Z daszkiem albo kapelusz z rondem, który osłania też kark i uszy. Dziecko ma ją mieć na głowie, a nie w plecaku. W mojej klasie wprowadziłam zasadę „bez czapki nie wychodzimy”, i po tygodniu dzieci pilnowały się nawzajem.
Krem z filtrem. Wysoki filtr, przeznaczony dla dzieci, nakładany przed wyjściem i ponawiany, zwłaszcza po kąpieli i spoconym bieganiu. Jeden raz rano nie wystarcza na cały dzień. Szczególnie uważaj na nos, uszy, kark i ramiona. Przy wyborze kremu dla małego dziecka albo dziecka ze skórą skłonną do alergii zapytaj pediatrę albo farmaceutę.
Picie. Woda, często, małymi porcjami, zanim dziecko poczuje pragnienie. Bidon zawsze pod ręką. W upalne dni na wycieczkach robię „przerwę na łyk” co pół godziny, dla całej grupy, bez pytania, kto chce. Słodkie napoje nie zastąpią wody.
Ubranie. Luźne, przewiewne, jasne, najlepiej z naturalnych tkanin. Koszulka z rękawkiem lepiej chroni ramiona niż top na ramiączkach.
Na wycieczce
Wycieczka w upale to inny świat niż spacer po osiedlu. Pisałam wcześniej, co spakować przedszkolakowi na wycieczkę jednodniową. Latem dokładam do listy kilka rzeczy:
- większy bidon albo dwa mniejsze, wypełnione rano,
- krem z filtrem w małym opakowaniu w plecaku, podpisany,
- czapka obowiązkowo, nie „na wszelki wypadek”,
- zapasowa koszulka, bo spocona szybko robi się zimna w autokarze z klimatyzacją.
Na szkolnych wyjazdach, takich jak zielona szkoła, rodzice często pytają, czy mogą dać dziecku własny krem. Tak, i to nawet dobrze. Ale warto, żeby dziecko umiało go samo nałożyć, a opiekunka wiedziała, że je ma. Przy trójce opiekunek na dwadzieścioro dzieci nie ma czasu, żeby każdemu smarować plecy.
Objawy, na które trzeba reagować
Według ogólnie dostępnych zaleceń do niepokojących sygnałów przegrzania należą między innymi: ból głowy, rozdrażnienie albo nietypowa apatia, zaczerwieniona i gorąca skóra, nudności i wymioty, zawroty głowy, wyraźne zmęczenie, mniej siusiania niż zwykle.
Co wtedy robię: zabieram dziecko do cienia albo do chłodnego pomieszczenia, rozluźniam ubranie, podaję wodę małymi łykami, chłodzę skórę wilgotnym ręcznikiem. I obserwuję. Jeśli objawy nie mijają albo się nasilają, dzwonię do lekarza.
A od razu wzywam pomoc (112), gdy dziecko traci przytomność, jest splątane, nie ma z nim normalnego kontaktu, ma drgawki albo bardzo wysoką temperaturę ciała. Nie czekam, nie sprawdzam w internecie.
Oparzenie słoneczne
Jeśli mimo wszystko dziecko się spali, a zdarza się to każdemu rodzicowi, choć nikt się nie przyznaje, schładzamy skórę chłodną, nie lodowatą wodą, dajemy pić i trzymamy dziecko z dala od słońca przez kolejne dni. Przy pęcherzach, gorączce, dużej powierzchni oparzenia albo złym samopoczuciu dziecka idziemy do lekarza. Domowe sposoby z kwaśnym mlekiem zostawiam wspomnieniom z dzieciństwa.
Upał w bloku
Osobny temat to upał w mieszkaniu, zwłaszcza na ostatnim piętrze bloku, gdzie wieczorem jest cieplej niż na dworze. U nas w czasie upałów zasłaniamy okna od strony słońca już rano, wietrzymy późnym wieczorem i wcześnie rano, a dzieci śpią w cienkiej piżamie albo samej bieliźnie, pod prześcieradłem zamiast kołdry. Letni prysznic przed snem pomaga zasnąć bardziej niż cokolwiek innego.
Wentylator stawiamy tak, żeby nie dmuchał dziecku prosto w twarz. I pilnujemy picia także wieczorem, bo po całym dniu na dworze dzieci często są odwodnione, choć tego nie zgłaszają. Kubek wody przy łóżku to u nas letni standard.
Nigdy w samochodzie
Wiem, że wszyscy to wiedzą. Piszę i tak. Nigdy, nawet na chwilę, nawet „tylko po chleb”, nie zostawiaj dziecka w zamkniętym samochodzie w ciepły dzień. Wnętrze auta nagrzewa się bardzo szybko. Co lato słyszymy o tragediach, które zaczęły się od „tylko na minutkę”.
Co mówię dzieciom
W klasie przed każdym upalnym dniem robimy krótką rozmowę: co to jest udar, dlaczego czapka, dlaczego pijemy. Dzieci w wieku ośmiu, dziewięciu lat rozumieją to bardzo dobrze, jeśli mówi się do nich konkretnie. „Kiedy boli cię głowa na słońcu, mówisz od razu pani. Nie czekasz do końca meczu.”
W domu robię to samo. Mila wie, że czapka jest obowiązkowa, i sama pilnuje taty, który lubi chodzić „na łyso”. Kacper wie, że na podwórko idzie z bidonem, choć twierdzi, że „chłopaki się śmieją”. Nie śmieją się. Połowa ma swoje bidony.
Po festynie
Na tamtym festynie, po pierwszych dwóch godzinach, postawiłyśmy z koleżankami pod jedynym drzewem przy ogrodzeniu stolik z dzbankami wody i stosem kubeczków. Dzieci podchodziły najpierw z ciekawości, potem z przyzwyczajenia. Do wieczora do pielęgniarki nie przyszedł już nikt z bólem głowy, a kolejka do dzbanków była dłuższa niż do lemoniady.