Do treści strony
Wycieczki

Muzeum z dzieckiem, które nie znosi muzeów

Mój syn przez lata mówił, że muzeum to miejsce, gdzie nic nie wolno dotykać i wszyscy szepczą. Miał trochę racji. Zamiast go przekonywać, zmieniliśmy sposób chodzenia do muzeów. Oto co zadziałało.

Pisze Ewa, nauczycielka wczesnoszkolna, mama trójki dzieci 5 min czytania

Kacper miał siedem lat, kiedy powiedział zdanie, które zapamiętałam na zawsze. Staliśmy w sali pełnej starych obrazów, a on zapytał na cały głos: „Mamo, a po co ludzie tu przychodzą, jak nic tu się nie dzieje?”. Pani pilnująca sali spojrzała na nas tak, że wyszliśmy.

Wtedy byłam na niego zła. Dziś myślę, że zadał bardzo dobre pytanie, na które nie umiałam odpowiedzieć. Przez następne trzy lata szukałam odpowiedzi. Kacper ma dziś prawie jedenaście lat i do muzeów chodzi. Nie zawsze z entuzjazmem, ale chodzi, i czasem wychodzi zadowolony. Tak do tego doszliśmy.

Krócej, niż myślisz

Najważniejsza lekcja: dziecko ma w muzeum mniej czasu uwagi niż dorosły. O wiele mniej. Czterdzieści minut to dla ośmiolatka dużo. Półtorej godziny to maraton, po którym zostaje tylko wspomnienie zmęczonych nóg i „nie dotykaj”.

Planuję więc wizytę na tyle, ile dziecko wytrzyma, a nie na tyle, ile trwa wystawa. Lepiej wyjść po czterdziestu minutach z dzieckiem, które pyta „a kiedy przyjdziemy znowu?”, niż zostać dwie godziny i przez pięć lat słuchać, że muzea są nudne.

Jeśli bilet jest drogi i żal wychodzić, wybierajmy muzea z tańszymi biletami rodzinnymi albo dni z darmowym wstępem. Wiele muzeów ma taki dzień w tygodniu. Wtedy wyjście po pół godzinie nie boli.

Jedna sala, nie cała wystawa

Nie próbuj zobaczyć wszystkiego. Wybierz jedną salę, jeden temat, jedną rzecz. Resztę przejdźcie szybko albo wcale.

Najlepiej niech wybierze dziecko. Przed wyjściem przejrzyjcie razem stronę muzeum, zdjęcia sal. „Co chcesz zobaczyć?” Kacper zawsze wybierał albo coś z maszynami, albo coś strasznego. Rycerskie zbroje, broń, szkielety. Nie był to mój pierwszy wybór, ale to było jego muzeum.

Misja zamiast zwiedzania

To sposób, który przyniosłam do domu ze szkoły. Na szkolnych wycieczkach do muzeum zawsze daję dzieciom karty z zadaniami. Nie testy, tylko misje.

  • Znajdź na obrazie psa.
  • Policz, ile jest mieczy w tej sali.
  • Znajdź najstarszą rzecz, jaką zobaczysz, i sprawdź, ile ma lat.
  • Wybierz jedną rzecz, którą zabrałbyś do domu, gdybyś mógł.
  • Narysuj eksponat, który wydaje ci się najdziwniejszy.

Dzieci przestają „zwiedzać”, a zaczynają szukać. I nagle patrzą uważnie, bo mają powód. Taką kartę można przygotować w domu w dziesięć minut, a wiele muzeów ma zresztą gotowe karty dla dzieci w kasie. Warto zapytać.

Muzea, które same zapraszają

Na Śląsku mamy to szczęście, że wiele muzeów to miejsca, w których coś się dzieje. Nie tylko gabloty.

Radiostacja w Gliwicach to dla nas domowe muzeum, a drewniana wieża robi wrażenie na każdym dziecku, niezależnie od tego, czy interesuje się historią. Kacper był tam pierwszy raz z moją klasą, jako „gość specjalny”, i zapamiętał więcej niż moi uczniowie.

Sztolnia Królowa Luiza w Zabrzu, niedaleko babci Jadwigi, to zejście pod ziemię, do kopalni. Dla dziecka, które nie znosi muzeów, to w ogóle nie jest muzeum. To jest przygoda. Muzeum Śląskie w Katowicach z wystawami schowanymi pod ziemią, na terenie dawnej kopalni, też robi wrażenie już samą architekturą.

Szukaj muzeów, gdzie można coś dotknąć, uruchomić, zobaczyć w ruchu. Takich jest coraz więcej w całej Polsce: muzea techniki, kolejnictwa, nauki. Dla dziecka, które nie lubi obrazów, to dobry początek. Do obrazów przyjdzie czas.

Przerwa to część planu

Kawiarnia, ławka, dziedziniec, sklepik z pamiątkami. Zaplanuj przerwę w połowie wizyty, nawet jeśli dziecko nie prosi. Picie, coś małego do zjedzenia, chwila, kiedy można mówić głośno i się poruszać.

Przy wycieczkach z przedszkolakiem pisałam o pakowaniu plecaka i te same zasady obowiązują w muzeum: bidon, przekąska, wygodne buty. Głodne dziecko w muzeum to najszybszy koniec zwiedzania.

Rodzeństwo w różnym wieku

Osobne wyzwanie to muzeum z dwójką albo trójką dzieci w różnym wieku. Mila chce oglądać wszystko, co błyszczy, Kacper tylko maszyny, a Agata najchętniej zostałaby w domu. Nauczyliśmy się dzielić. Piotr idzie z Kacprem do sali z techniką, ja z Milą szukam kolorowych rzeczy, a spotykamy się w kawiarni albo przy wyjściu, o umówionej godzinie.

Kiedy dzieci są razem, daję im wspólną misję, w której każde ma swoją rolę. Starsze czyta podpisy, młodsze szuka na obrazach zwierząt. Starsze czuje się ważne, młodsze nie zostaje w tyle. Działa lepiej niż ciągnięcie wszystkich przez te same sale w tym samym tempie, przy którym każde dziecko nudzi się w innym miejscu.

Pozwól dziecku mówić

W muzeum dorośli szepczą i to jest w porządku. Ale nie uciszaj dziecka za każde pytanie. Jeśli pyta „dlaczego ten pan ma taki dziwny kapelusz?”, to znaczy, że patrzy. Odpowiedz szeptem, zadaj pytanie z powrotem: „A jak myślisz?”.

Najlepsze rozmowy w muzeum mam z dziećmi, kiedy nie wiem odpowiedzi. „Nie wiem, sprawdźmy” to zdanie, które dzieci bardzo lubią. Pokazuje, że dorosły też się uczy, a muzeum to miejsce, gdzie się czegoś dowiadujesz, a nie tylko potwierdzasz to, co wiesz.

Po wizycie

Zapytaj, co zapamiętało. Nie „czego się nauczyłeś?”, bo to brzmi jak szkoła. Raczej: „Co było najdziwniejsze?”, „Co byś pokazał tacie?”. Jeśli dziecko prowadzi wakacyjny kajecik, bilet z muzeum to idealna wklejka, a pod nią jedno zdanie i rysunek.

Kiedy dziecko samo zacznie coś opowiadać, słuchaj. Kacper po wizycie w sztolni przez tydzień opowiadał wszystkim, jak pracowali górnicy. Nawet mojej mamie, która pracy górników przez całe życie słuchała od sąsiadów, dziadka i męża. Słuchała z uśmiechem, jakby słyszała pierwszy raz.

Nie musi pokochać

Na koniec uczciwie: nie każde dziecko pokocha muzea. Kacper nie pokochał. Ale przestał ich nienawidzić, a to już sukces. Wie, że muzeum może być ciekawe, jeśli wybierze się dobre. Wie, że może wyjść, kiedy się zmęczy. I wie, że po muzeum zawsze są lody.

To ostatnie może jest najważniejszą częścią naszej metody. Nie wstydzę się tego.

Ewa z Gliwic

Od dwudziestu lat uczy w klasach 1-3, zaczynała w przedszkolu. Mieszka w Gliwicach z Piotrem i trójką dzieci: Agatą, Kacprem i Milą. Pisze o tym, co widzi z obu stron szkolnej ławki: jako nauczycielka i jako mama. Ciepło, ale bez lukru.

Więcej o mnie

Więcej z zakładki Wycieczki