Ostatni tydzień wakacji za granicą i powrót do szkoły bez zderzenia
W tym roku polecieliśmy na urlop dopiero pod koniec sierpnia, z trójką dzieci i tornistrem Mili spakowanym przed wylotem. Opisuję, co zrobiłabym tak samo, czego bym nie powtórzyła i jak po powrocie przestawiliśmy dom na szkolny rytm.
Pisze Ewa, nauczycielka wczesnoszkolna, mama trójki dzieci 6 min czytania

Dwudziestego sierpnia o szóstej rano staliśmy w kolejce do odprawy na lotnisku w Pyrzowicach. Piotr z dwiema walizkami, Agata ze słuchawkami na uszach i miną „chodzę do liceum i nikt mnie tu nie zna”, Kacper z bidonem, a Mila z plecakiem, w którym zamiast pluszaka niosła kajecik i pudełko kredek. Leciała pierwszy raz w życiu i od tygodnia pytała, czy w samolocie są pasy jak w aucie.
Wróciliśmy w czwartek dwudziestego siódmego. Dzień później miałam radę pedagogiczną, a pięć dni później Mila szła do pierwszej klasy, ja do nowej 1a. Wiele osób pukało się w czoło: urlop za granicą w ostatnim tygodniu wakacji, z pierwszoklasistką? Zrobiłabym to jeszcze raz, ale nie wszystko tak samo.
Dlaczego tak późno
Nie z wyboru, tylko z grafiku. Piotr pracuje na zmiany i urlop w zakładzie rozpisują z dużym wyprzedzeniem. W lipcu dostał tylko pojedyncze dni, a ja w połowie sierpnia chciałam już przyjść do szkoły i przygotować salę dla 1a. Został więc koniec sierpnia: tydzień, w którym dzieci jeszcze mają wakacje, a my obydwoje możemy zniknąć.
Okazało się, że to ma swoje plusy. Na miejscu było już spokojniej niż w lipcu, a dzieci po dwóch miesiącach w domu były wyraźnie znudzone podwórkiem. Wyjazd zrobił im z końcówki lata coś, o czym chcą opowiadać, zamiast odliczania dni do pierwszego dzwonka.
Bilety kupione w maju
Lot dla pięciu osób to dla nas spory wydatek, więc nie kupowałam pierwszych biletów, które zobaczyłam. Od kwietnia zaglądałam co kilka dni do Herofly, wyszukiwarki tanich lotów z polskich lotnisk. Ustawiałam Katowice jako miejsce wylotu, bo z Gliwic mamy tam najbliżej, i patrzyłam, dokąd i kiedy da się polecieć w rozsądnej cenie. Najbardziej przydała mi się zakładka ze spadkami cen: zamiast codziennie sprawdzać ten sam kierunek, widziałam od razu, gdzie coś potaniało.
Sam portal biletów nie sprzedaje, tylko pokazuje połączenia, a kupuje się je potem u przewoźnika. Mnie to odpowiadało, bo przy pięciu nazwiskach i numerach trzech dowodów dzieci wolałam wpisywać dane w jednym miejscu, spokojnie, wieczorem przy kuchennym stole. Kupiliśmy w maju, na Kretę, z bagażem rejestrowanym na całą rodzinę. Przy dzieciach to nie jest fanaberia: same kremy z filtrem i zapasowe ubrania Mili zajęły pół walizki.
Jedna rada z tego etapu: sprawdźcie godziny lotów, nie tylko cenę. Najtańsza opcja w drugą stronę wylatywała o północy i lądowała w Katowicach o trzeciej w nocy. Dopłaciliśmy, żeby wrócić po południu. Z sześciolatką na rękach o trzeciej w nocy na parkingu nikt z nas nie chciał zaczynać ostatniego tygodnia przed szkołą.
Dokumenty dzieci sprawdzajcie wiosną
W Unii Europejskiej dziecku wystarczy dowód osobisty, ale musi mieć własny. Mila swojego nie miała, bo nigdy nie był potrzebny. Wniosek złożyliśmy w kwietniu i dowód przyszedł po kilku tygodniach. Gdybym zaczęła w lipcu, zrobiłoby się nerwowo. Dowody dzieci są ważne krócej niż dorosłych, więc warto spojrzeć na datę także w dokumentach starszych dzieci. U nas Kacpra był ważny jeszcze rok, ale przyznaję, że sprawdziłam to dopiero przy kupowaniu biletów.
Druga rzecz to EKUZ, czyli Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego. Wyrabia się ją bezpłatnie w NFZ, każdy członek rodziny dostaje własną. Daje dostęp do publicznej opieki zdrowotnej w innych krajach Unii na takich zasadach, jak mają miejscowi. Nie obejmuje prywatnych gabinetów ani transportu do Polski, dlatego dokupiliśmy też zwykłe ubezpieczenie turystyczne. Na szczęście nie przydało się ani jedno, ani drugie.
Leki i apteczka w bagażu podręcznym
Kacper jest alergikiem. Pod koniec sierpnia trawy w Polsce już prawie nie pylą, ale jego leki i tak leciały w bagażu podręcznym, w oryginalnym opakowaniu, razem z kartką z dawkowaniem. Walizka rejestrowana może przylecieć dzień później albo wcale, a plecak jest zawsze przy nas. Do plecaka trafił też termometr, plastry, środek na ukąszenia i przyrząd do kleszczy, czyli to, o czym pisałam przy apteczce na wakacje.
Ostatnie dni sierpnia na południu Europy bywają upalne jak u nas w lipcu. Czapki, woda, przerwa w cieniu w środku dnia - wszystko, co opisywałam przy słońcu i upale, obowiązywało tam podwójnie. Mila pilnowała, żeby tata nie wychodził bez czapki. Pilnowała skutecznie.
Pierwszy lot sześciolatki
Mila bała się startu tylko przez pierwsze pięć minut przed wejściem na pokład. Potem uznała, że samolot to autobus z okienkami, i zajęła się rysowaniem chmur. Najgorzej zniosła lądowanie: zatkane uszy i płacz, bo „głowa jej pęka”. Pomogło picie małymi łykami i żucie. Przy powrocie dałam jej kubek z wodą już na początku zniżania i było dużo lepiej.
Co przydało się w samolocie:
- kajecik i kredki zamiast tabletu (bo tablet rozładował się jeszcze na lotnisku),
- przekąski w osobnych woreczkach, żeby nie otwierać całej torby,
- bluza, bo w samolocie bywa chłodno, nawet kiedy na zewnątrz jest trzydzieści stopni,
- miejsce przy oknie dla tego, kto leci pierwszy raz. Kacper ustąpił siostrze bez dyskusji, co odnotowuję tu dla potomności.
Na miejscu: mniej planu
Mieliśmy listę miejsc do zobaczenia i zrealizowaliśmy z niej może jedną trzecią. Dzieci najbardziej zapamiętały plażę z kamykami, wieczorne lody i kota, który codziennie przychodził pod nasz balkon. Mila boi się dużych psów i trochę się denerwowała przed wyjazdem, czy będą wszędzie. Psy były, ale spały w cieniu i nikogo nie zaczepiały. Po trzech dniach przestała ściskać mnie za rękę na każdy ich widok.
Każde z dzieci prowadziło swój kajecik. Mila rysowała, Kacper zapisywał, ile razy wszedł do wody i jaką temperaturę pokazywał termometr na aptece, Agata wkleiła bilety z autobusu. Do szkoły wrócili z czymś do opowiadania, a nie tylko z opalenizną.
Powrót kilka dni przed pierwszym września
Najważniejsza decyzja, którą podjęliśmy dobrze: nie wracaliśmy w ostatni weekend. Między lądowaniem a rozpoczęciem roku szkolnego mieliśmy pięć dni, w tym weekend. Gdybyśmy wylądowali w poniedziałek trzydziestego pierwszego, Mila poszłaby na swój pierwszy apel niewyspana, a ja do swojej klasy z walizką w przedpokoju.
Na wyjeździe dzieci kładły się spać koło dziesiątej. Po powrocie każdego wieczoru przesuwaliśmy to o kwadrans, a rano budziłam je trochę wcześniej. Do wtorku pierwszego września Mila zasypiała przed dziewiątą, a Kacper, jak to jedenastolatek, przed dziesiątą, z protestem. Pierwszy szkolny poranek nie był walką.
Rzeczy, które zrobiłam przed wyjazdem i bardzo się opłaciły:
- tornister Mili spakowany w połowie sierpnia, podręczniki podpisane, strój na apel wyprasowany i powieszony w szafie,
- buty do szkoły kupione i przymierzone wcześniej, bo po wakacjach w sandałach stopy dzieci potrafią zaskoczyć,
- lodówka pusta, a w zamrażarce dwa obiady na pierwsze dni po powrocie.
Pranie z walizek suszyło się jeszcze w sobotę, w niedzielę Agata siedziała nad zaległą lekturą, a Kacper szukał stroju na wychowanie fizyczne. Ale we wtorek rano Piotr odprowadził Milę do szkoły wyspaną, z kajecikiem pełnym kreteńskich kotów w tornistrze. Pani w jej klasie poprosiła potem dzieci, żeby opowiedziały o wakacjach. Mila mówiła o samolocie tak długo, że zabrakło czasu dla dwóch następnych osób.
